Wersja polskaDeutsch versionEnglish version Relacje z podróży - Peru, Islandia i inne Kontakt
Szukaj
RELACJE

Egipt 2004
Wenezuela 2004
Islandia 2003
Peru 2000
Kaukaz 2000


Dziennik podróży do Peru  11.09.2000-9.10.2000 część druga - Andy

22.09.2000
    Podróżujemy autobusem do Huancayo. Droga jest dość dobra i najczęściej biegnie wzdłuż torów kolei Malinowskiego. Niestety nie jeżdżą tą trasą pociągi osobowe, tylko same towarowe, a na towarowy nie można było się dostać. Podróż jest przyjemna, widoki przepiękne. Przejeżdżamy przez przełęcz Ticlio, prawie na wysokości 5000 m.n.p.m.. Uczucie trochę dziwne – takie jakby lekkie osłabienie. Ja i tak chyba najlepiej to znosiłam. Gdzieś wysoko, wysoko zjedliśmy śniadanie w przydrożnej knajpce z widokiem na ośnieżone szczyty gór. I tu wielkie odkrycie ! Bułki z serem, ale ten ser – rewelacja. Coś jakby feta, biały, lekko słonawy, chyba z mleka owczego, albo lamy ?
    W Huancayo spędziliśmy niewiele czasu. Wypiliśmy kawę, kupiliśmy bułki na drogę, zwiedziliśmy Plaza de Armas i katedrę, a z większych atrakcji to Marcin wypróbował usługi pucybuta. Był bardzo zadowolony – Marcin oczywiście, choć i pucybut pewnie też.
    Wieczorem wyjechaliśmy nocnym autobusem do Ayacucho.
 
Pucybut

23.09.2000
    Nocny przejazd był nie najgorszy. Autobus był co prawda przepełniony, część ludzi tę 12-godzinną podróż  odbyła na stojąco.
Dojechaliśmy do Ayacucho. Bardzo ładna, kolonialna miejscowość położona wysoko w górach. Musimy tu spędzić cały dzień, bo autobusy do Cusco odchodzą dopiero wieczorem. Zwiedziliśmy miasto, byliśmy nawet w muzeum przy Plaza de Armas. To muzeum lokalnego rzemiosła, były tam np. takie lokalne, drewniane, malowane szopki.
    Tomek niestety źle się czuje i razem z Gosią został w miasteczku, a ja i Marcin pojechaliśmy do ruin Huari. To jeszcze przedinkaska cywilizacja. Spotkaliśmy tam przesympatycznego Chilijczyka, który objaśnił nam co to są za ruiny i dał nam adres noclegu w Cusco (on właśnie stamtąd jechał). To był bardzo gorący dzień, widoki z tych ruin na otaczające góry, płaskowyże, kaniony wprost niesamowite.   
W mieście widzieliśmy też procesję samych wojskowych. Nieśli dwie ogromne, bogato przystrojone figury. Musiało być jakieś ich święto.
I znów kolejna noc w autobusie z przesiadką w Andahuaylas.

24.09.2000
    Zrobili nas w bambuko ! Okazało się, że to nieprawda, że od razu możemy jechać w dalszą drogę. Autobusy do Cusco odchodzą oczywiście dopiero wieczorem. Cały dzień musimy spędzić w tej zapomnianej przez Boga mieścinie. Zdecydowaliśmy się, że weźmiemy jeden pokój w jakimś hostalu, żeby się przebrać, umyć i trochę odpocząć. Marcin i Gosia biegając w poszukiwaniu biletów na dalszą podróż spotkali Peruwiańczyka mówiącego po polsku. Zaprosił nas do swojego hostalu. Bardzo był spragniony nowinek z Polski i samej rozmowy w języku polskim. Zjedliśmy z nim śniadanie i wymieniliśmy się adresami. I uwaga, uwaga !!! Okazało się, że ten facet był świadkiem na Agaty ślubie. Niewiarygodne spotkanie !
    Tomek został w hotelu, a my w trójkę razem z Marco pojechaliśmy nad jezioro położone w górach ponad miastem. Spotkaliśmy tam Holendra i jeszcze trzech peruwiańskich przyjaciół naszego Marco. Zaprosili nas na obiad, który zjedlismy na trawie na brzegu jeziora. Był pyszny, jedliśmy pstrągi i ogromną prażoną kukurydzę. Było bardzo międzynarodowo i bardzo przyjemnie. Dzięki Marco ten źle zapowiadający się dzień był niezwykle udany.
A teraz czeka nas trzecia noc w autobusie.
 
25.09.2000
    Jesteśmy w Cusco. Gosia jest chora, a reszta też w średniej formie. Chyba ta długa męcząca podróż zrobiła swoje.
Hotel który nam polecił Chilijczyk jest rewelacyjny. To właściwie nie hotel tylko malutki rodzinny pensjonat. Są tu tylko cztery czyściutkie pokoiki z łazienkami, mieści się przy ulicy o śmiesznej nazwie – Nueva-Alta. Na razie idziemy zrobić pranie.
    Pranie wyszło lepiej niż poprzednim razem. Zjedliśmy też smaczne śniadanie. Pochodziliśmy z Marcinem (Tomek wrócił do Gosi) po Cusco. To piękne, kolonialne miasto zbudowane praktycznie w całości na inkaskich fundamentach. Każdemu białemu w zasadzie powinno być wstyd na myśl o tym, że tymi kamiennymi ulicami popłynęły litry krwi Inków, kiedy wkroczyli tu żądni złota Hiszpanie. Zniszczyli i ograbili wszystko wznosząc na ruinach kościoły i katedrę. Misja chrystianizacji dzikich - myślę, że nie o to Bogu chodziło.
    Dowiedzieliśmy się kilku rzeczy w Biurze Informacji Turystycznej i wróciliśmy po Tomka i Gosię. Razem poszliśmy zwiedzać, kupując wcześniej bilet wstępu na dziesięć dni na rozmaite obiekty w Cusco i okolicy za 10 $. Zwiedziliśmy katedrę z  dwoma przyległymi kościołami. Widzieliśmy wspaniały złoty ołtarz, imponujący drewniany chór i obraz „Ostatnia Wieczerza” na którym apostołowie jedzą pieczoną świnkę morską. Zdążyliśmy jeszcze do kościoła San Blas, gdzie jest przepiękna, bogato rzeźbiona, drewniana ambona. Wyrzeźbił ją nawrócony Indianin w podziękowaniu za ozdrowienie.
    Zjedliśmy obiad w barze za 2,5 sola i poszliśmy na spotkanie z dwójką Polaków, którzy podróżują w dokładnie przeciwnym kierunku niż my. Wieczór był bardzo miły, wymieniliśmy doświadczenia i informacje.
 
lama na Machu Picchu

26.09.2000
    Chyba wypite wieczorem piwo mi zaszkodziło. Jak położyłam się spać zaczęło mnie strasznie mdlić i w końcu się porzygałam. Niezbyt dobrze też spałam. Dziś rano nie bardzo chciało mi się wstawać z łóżka, ale jak plan to plan.
    Pojechaliśmy na dworzec kolejowy i kupiliśmy bilety na pociąg do Aquas Calientas na jutro i na pociąg do Puno na piątek.
Potem pojechaliśmy lokalnym autobusem za 2 sole do Pisac. Poszliśmy na targ. Dzisiaj akurat był targ rzemiosła. Mają na nim przepiękne rzeczy: biżuterię, tkaniny, wyroby garncarskie. Ja jednak jeszcze nie byłam w kwitnącej formie i trochę mnie to męczyło. Poza tym ciężko coś kupować jak się pomyśli, że prze kolejne tygodnie trzeba będzie to nosić na własnych plecach. Potem poszliśmy do drugich co do ważności ruin inkaskich - Pisac. Trzeba się było jeszcze nieźle wspinać. Było to męczące, ale udało się, a widoki z góry – przepiękne. Potem powoli schodząc w dół zwiedzaliśmy kolejne (dobrze zachowane) inkaskie budowle. Wspaniała wycieczka.
    Zeszliśmy aż do Pisac i poszliśmy do knajpki przy rynku na herbatę – mate de coca, a na koniec zobaczyć piekarnię z ogromnym piecem. Zjedliśmy tam po bułeczce.
Kupiłam też na targu passionfruit, nigdy wcześniej nie widziałam i nie jadłam tych owoców świeżych.
    Wróciliśmy do hotelu, wszyscy poszli na obiad, a ja postanowiłam się na wszelki wypadek trochę przegłodzić, choć czuję się już bardzo dobrze. Tak więc regeneruję siły i piszę. Jutro zdobywamy Machu Picchu !
 
Machu Picchu

27.09.2000
    Wyjechaliśmy rano na dworzec kolejowy. Dworzec jest ściśle strzeżony, za bramę wpuszcza wojsko po uprzednim sprawdzeniu biletów. Potem trzeba czekać na schodach, aż wpuszczą na peron. Miejsca są numerowane, a bilety z miejscówkami więc jest porządek. W pociągu głównie podróżują turyści. Podróż trwa ponad 4 godziny mimo niewielkiej odległości jaka jest do pokonania, ale widoki po drodze są piękne. Wysiadamy w Aquas Callientas (bilet w obie strony 30 soli) i możemy jak wszyscy pojechać pod same ruiny autobusem (9 $) albo pomaszerować pod górę na własnych nogach. Tablica informuje, że można iść drogą, którą jeżdżą autobusy (ok. 2 godz.) albo schodkami, prawie pionowo w górę (ok. 40 min.). Wybieramy schody.
    Idziemy w górę przez tzw. dżunglę wysoką, jest inna niż ta którą oglądaliśmy nad Amazonką. Jest gorąco i duszno i wciąż gryzą uporczywe małe muszki. Podejście w tym upale jest bardzo męczące. Co jakiś czas są tablice informujące ile przeszliśmy, a ile nam jeszcze zostało, ale chyba coś na nich oszukują. Spotykamy schodzących w dół ludzi, którzy na nasz widok stukają się w głowę. W nie najgorszym jednak tempie udaje nam się dotrzeć pod bramę wejściową do Świętego Miasta. Zajęło nam to godzinę i 20 minut. Czas podejścia był chyba mierzony według peruwiańskich tragarzy, którzy po prostu po tych górach biegają. Jeszcze kupno biletów – 10 $ od osoby. Gosia z Tomkiem zostają jeszcze przed bramą żeby odpocząć i napić się horrendalnie drogiej coli. Ja i Marcin wchodzimy. Najpierw włazimy jeszcze trochę w górę do najwyżej położonego budynku z którego jest naprawdę wspaniały widok na całość zabudowań. Spotykamy dwójkę Polaków, którzy podzielili się wrażeniami ze swojej podróży i powiedzieli, że wybierają się właśnie do dżungli (Manu) za 600 $ od osoby za 6 dni. Jesteśmy strasznie zadowoleni, że nam się to udało za 1/6 ceny.
    Idziemy dalej wąziutką skalną półką do mostu Inków. Około 20 minut i widzimy jak Inkowie wybudowali most przeprowadzający ich nad ogromną przepaścią – niesamowite. Wracamy do ruin, po drodze jedząc dzikie poziomki i oglądamy wszystko po kolei. Miasto robi na mnie duże wrażenie. Bez przepychu, bez zbędnych ozdobników, prostota i symetria, pięknie wkomponowana w surowy krajobraz. Otaczające nas góry, których czubki giną w chmurach przytłaczają potęgą. Oglądamy święty kamień, liczymy skalne bloki w jednym specjalnym miejscu, robimy sobie zdjęcia z lamami. Po jakimś czasie spotykamy Tomka i Gosię, mówią nam że już schodzą na dół. My zostaniemy tu tak długo jak się da, tylko tyle czasu wcześniej wyjdziemy, aby zdążyć na pociąg. Ruiny pustoszeją, robi się cicho, a w promieniach zbliżającego się do zachodu słońca wszystko nabiera cieplejszych barw. Teraz robi się naprawdę pięknie. Na koniec oglądamy źródło i więzienie wykute głęboko w skale.
    Schodzimy tymi samymi schodami, w dół idziemy niecałą godzinę. Szybko na peron, po drodze kupujemy picie i banany na drogę. Całą powrotną drogę gadamy z Marcinem o jedzeniu. Musimy jednak w końcu przerwać, bo Gosię mdli, mówi że zaszkodził jej wypity sok. Potem taksówką do hotelu i do łóżek. To był piękny dzień.
 
Machu Picchu

28.09.2000
    Dzisiaj rano poszliśmy z Marcinem do muzeum. Widzieliśmy wspaniałą, ogromną, złotą monstrancję i bardzo bogato zdobione ornaty. Potem pojechaliśmy w kierunku Urubamby miejscowym autobusem i wysiedliśmy wcześniej, we  wskazanym przez kierowcę miejscu, aby dalej na piechotę pójść do salin. Szliśmy przez spieczony słońcem płaskowyż, bez żadnych dróg, kierunkowskazów i ludzi, których można by się zapytać o drogę. Mimo lekkiego strachu, że być może zabłądzimy jesteśmy zachwyceni. Słońce praży, a przed sobą widzimy ośnieżone szczyty gór. Powietrze jest przejrzyste, a  kolory ziemi bardzo intensywne. To chyba najpiękniejsza droga jaką szłam w tym kraju. Maszerowaliśmy tak płaskowyżem i zboczem góry przez niecałe dwie godziny. Saliny wyłoniły się dość nagle. Są położone na zboczu góry Maras. Są to dość płytkie, tarasowo położone baseny, spływa do nich woda z wnętrza góry i spływając coraz niżej zostawia osadzającą się sól. Ludzie zbierają tą sól brodząc na bosaka w straszliwie słonej wodzie i wyskrobując ja drewnianymi szpatułkami. Gromadzą ją w kopczykach, ładują do worków i na grzbietach osiołków sól wędruje do miasta.
    Potem szliśmy jeszcze przez około godzinę w stronę drogi prowadzącej do Ollantaytambo. Stanęliśmy przy drodze czekając na jakiś przejeżdżający autobus. Zabrała nas wycieczka amerykańskich emerytów, nie chcieli od nas żadnych pieniędzy za przejazd i byli bardzo mili.
    Zobaczyliśmy kolejne inkaskie ruiny w Ollantaytambo. Nie są tak imponujące jak Machu Picchu, ale również bardzo interesujące i równie tajemnicze. Zdaje się, że było to coś w rodzaju obserwatorium astronomicznego.
    Wróciliśmy autobusami z jedną przesiadką po drodze. W Cusco poszliśmy jeszcze wysłać trochę maili i szybciutko spać.
 
Droga do salin

29.09.2000
Po śniadaniu szybciutko biegniemy na dworzec i wsiadamy do pociągu, który ma nas zawieźć do Puno. Wagony w najgorszej  peruwiańskiej klasie wyglądają super. Siedzi się w czteroosobowych lożach ze stolikiem. Pani nieustająco biega i sprząta, kibelek aż lśni.
    Jedziemy bardzo wolniutko przez płaskowyż, zatrzymując się po drodze na malutkich stacyjkach. Jest tu teraz bardzo sucho, krajobraz niemal pustynno - afrykański. Podróż jest bardzo miła i w ogóle nie męcząca.
    Wieczorem jesteśmy w Puno. Idziemy do hotelu, który zaproponowali nam w pociągu. Jest tani 10 soli, pokoje są dość obskurne, ale rano i wieczorem jest ciepła woda. Kupujemy od razu dwudniową wycieczkę po jeziorze Titicaca i bilety na autobus do Arequipy (jedno i drugie po 40 soli). Jeszcze przechadzka po Puno i kolacja w ładnej knajpce.
Saliny na zboczu Maras

30.09.2000
Dziś rano wyjeżdżamy na pierwszą zorganizowaną wycieczkę w czasie tej naszej podróży. Najpierw zawieźli nas do portu, potem wsiedliśmy na motorową łódź na której jest nas około 25 osób i miejscowy przewodnik mówiący po hiszpańsku i angielsku. Płyniemy na wyspy Indian Uros zbudowane z trzciny totora. Bardzo malownicze i ciekawe choc troszkę trąci skansenem. Płyniemy również łodzią z trzciny totora z jednej wyspy na drugą. Oglądamy wysepkę, kupujemy jakieś pamiątki i dalej w drogę naszą łodzią motorową.
    Dopływamy do wyspy Amantani. Tam zostajemy rozdzieleni do rodzin u których będziemy nocować. My nocujemy u przyjaciół naszego przewodnika. Plecaki na plecy i w górę, bo skubańcy jak zwykle wybudowali wszystko na szczycie góry – wyspy. Pierwszy raz mamy wspólny czteroosobowy pokój. Jest czysto i miło, ale nie ma tu prądu i jest dość zimno, mamy jednak swoje śpiwory. Dostajemy również tutaj posiłki, niezależnie od pory dnia wyglądają tak samo – miseczka zupy i garstka ryżu z frytkami. Bieda tu, aż piszczy. Po obiedzie włazimy na główną górę na wyspie – Pacha Papa i oglądamy zachód słońca. Jest to podobno rytualne miejsce, gdzie miejscowi o zachodzie słońca wśród kamiennych kręgów medytują i czerpią energię z otaczającej ich przyrody. My też próbujemy, ale nie za bardzo nam wychodzi bo robi się straszliwie zimno i wieje ostry wiatr.
    Schodzimy więc do niżej położonego domku naszych gospodarzy i przyjmując liczne odwiedziny całej okolicznej dzieciarni oraz przedstawicieli starszyzny zjadamy kolację (garść ryżu z frytkami). Po kolacji mamy fiestę z lokalnym zespołem muzycznym. Są nawet tańce, jest jednak trochę sztywno. Miejscowa ludność jest chyba nieco skrępowana naszą. Po krótkim czasie idziemy więc spać.
 
01.10.2000
Budzimy się wcześnie, jemy śniadanie, schodzimy w dół do przystani w towarzystwie naszej gospodyni z którą się żegnamy i znów wsiadamy na stateczek. Płyniemy na sąsiednią wyspę Taquile. Znów po zejściu na ląd długo wspinamy się w górę. Dochodzimy do głównego placu w maleńkim miasteczku. Nie jest interesujący, ale widoki na wzgórza i ogrom jeziora są przepiękne. Przy placu jest kościółek i kilka knajpek oraz sklepów. W sklepach tutejsze wyroby dziewiarskie, ale ceny raczej dla zamożnych turystów z Europy Zachodniej. Tutejsza społeczność to właściwie coś w rodzaju komuny. Wszelkie decyzje istotne dla wszystkich podejmują razem, razem łożą na kształcenie swoich dzieci. Mężczyźni noszą charakterystyczne czapki odróżniające żonatych od kawalerów. Mają swoje zwyczaje od setek lat nie zmieniane i są raczej zamknięci i nieprzystępni choć mili i uprzejmi. Potem idziemy kawałek dalej na lunch i schodzimy słynnymi schodami w dół do przystani gdzie czeka już nasz stateczek.
    Pod górę maszerują tubylcy, którzy wszystko począwszy od Inca-Coli a skończywszy na blasze falistej wnoszą w górę na własnych plecach. Nawet małe dzieci i kobiety niosą ogromne ciężary. Trochę to strasznie wygląda, nie mają tu lekkiego życia.
    I znów na statek i w rejs powrotny do Puno. W Puno zjedliśmy smaczny obiadek i zrobiliśmy szybkie zakupy. Puno to najlepsze miejsce na zakup wyrobów z wełny alpaki. Kupiłam swetry dla rodziców i czapki dla dzieciaków za jakieś śmiesznie małe pieniądze.
    Znów do autobusu, który ma nas zawieźć do Arequipy. Tym razem mamy kupiony bilet na jakiś lepszy autobus.
 
02.10.2000
Katastrofa !!! Ukradli mi aparat i obiektywy. Jestem wściekła i smutna. Humor mam pod psem i nie stanowię dobrego towarzystwa. „Turystyczny autobus” !!! Jasne !!! Gdzie indziej mieliby być złodzieje ! Nie chce mi się o tym pisać. Spędziłam „urocze” pół dnia na policji. Takich spraw jak moja mają tu tysiące i nawet nie starają się szukać złodziei, mimo że są mili to jest to straszliwie wkurzające. Niezbyt przyjemnie będzie mi się wspominało to miasto.         Ale cóż, do Arequipy za szybko pewnie nie wrócę, więc dalej zwiedzamy. Miasto jest piękne, idziemy do klasztoru Santa Catalina. Jest niesamowity – miasto w mieście. Czas tu się zatrzymał parę setek lat temu. A jakie wspaniałe kadry do fotografowania ! A ja nie mam aparatu.
    W biurze wynajmujemy przewodnika na dwa dni na wyprawę do kanionu Colca. Potem się rozdzielamy – ja i Gosia idziemy na targ i dla zabicia smutku fundujemy sobie po dwie ogromne szklanice świeżego soku z papai, pomarańczy i mango. Co za smak !
    W hotelu pakuję tylko śpiwór, koszulkę na zmianę, wodę do picia i trochę owoców do małego plecaczka. Reszta rzeczy zostanie w depozycie w hotelu. I do łóżka na 4 godziny, w środku nocy musimy wstać żeby zdążyć na autobus, który nas zawiezie do Cruz del Condor.
 
03.10.2000
Wyjeżdżamy o 2 w nocy, około 7 rano jesteśmy przy Cruz del Condor. Czekamy na kondory, coraz więcej ludzi się zjeżdża. Po jakimś czasie kondory rzeczywiście się pojawiają. Nie robią na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia, są ogromne, ale takie jakieś wypasione, jak gigantyczne indyki. Latają jednak całkiem blisko nas i po pewnym czasie znikają. Podobno co rano dają takie przedstawienie. To niesamowite.
    Po pewnym małym nieporozumieniu spotykamy się z naszym przewodnikiem, którym okazuje się drobniutka kobieta o imieniu Deri mówiąca tylko po hiszpańsku.. Musimy bardzo szybko schodzić w dół, żeby zdążyć przed zachodem słońca. Mamy do pokonania 1500 m różnicy wzniesień i drogę wzdłuż dna kanionu. Po pewnym czasie zaczyna nam padać Tomek, Gosia narzeka na buty, Marcin się jakoś trzyma. Jak na nich patrzę do Bogu dziękuję za w sumie końskie zdrowie i przede wszystkim ośli upór. Choć piekielnie zmęczona po dziewięciu godzinach marszu to jednak jestem w zdecydowanie najlepszej formie. Docieramy do Oasis tuż przed zachodem słońca. Jest to przepiękne miejsce biwakowe na dnie kanionu, wśród palm i ciepłych strumieni. Śpimy tu w chatkach z patyków, trzciny i palmowych liści. Wokół szemrzą strumyki. Mamy w tych chatkach przyzwoite materace. Mam nadzieję, że żaden jaguar tu nie przyjdzie, bo drzwi są tylko podparte kamykiem, żeby same się nie otwierały.
 
03.10.2000
Spało się rewelacyjnie, śpiwór okazał się dostatecznie ciepły, choć w nocy zrobiło się bardzo zimno. Boję się trochę tego dzisiejszego podejścia. Po pobudce zjadamy szybkie śniadanie i ruszamy w górę. Musimy iść dosyć szybko, żeby zdążyć na autobus do Cabanaconde. Tym razem na życzenie Tomka i za jego kasę mamy osła i muła. Na mule jedzie Tomek, na ośle Gosia. Uroczy widok. Ja i Marcin zdobywamy kanion na własnych nogach, a pcha nas ambicja. Droga jest ciężka, bardzo stroma, kamienista, jest sucho i bardzo gorąco i jest piekielny kurz. Nogi trochę się plączą. Co kawałek zatrzymujemy się  na minutkę na łyka wody. Wspinamy się tak nieco ponad trzy godziny.
    Na szczycie kanionu gratulujemy sobie z Marcinem wytrwałości. Jestem z siebie zadowolona, to miłe uczucie.   
    Po przyjściu do Cabanaconde okazuje się, że nie ma żadnego autobusu o 12 jak obiecywali nam w agencji. Jesteśmy wściekli, wynika mała telefoniczna awantura z agencją. Po niej jednak przewodniczka załatwia nam samochód, który nas wiezie do Chivay. Wcześniej mamy jednak trochę czasu, krótką chwilę spacerujemy po miasteczki i po Avenida los Polacos, to na cześć polskich kajakarzy, którzy stąd właśnie wyruszyli na spływ kanionem Colca. Potem idziemy jeszcze do knajpki na obiad – zjadam rocoto relleno, potwornie ostra nadziewana papryka. Po dotarciu do Chivay łapiemy autobus do Arequipy. Jesteśmy około 18.30 na miejscu. Jedziemy do hotelu Colonia, gdzie nocowaliśmy poprzednio i gdzie są nasze bagaże. Nie mają tam jednak miejsc, ale pani z hotelu jest tak miła, że idzie z nami do hotelu na sąsiedniej ulicy i załatwia nam nocleg po bardzo dobrej cenie. Dostajemy z Marcinem pokój z sześcioma łóżkami !!! Po trzy na głowę. Robimy sobie sałatkę owocową i bardzo z siebie zadowoleni idziemy spać.
 
05.10.2000
    Rano, po niespiesznym wstawaniu poszłyśmy z chłopakami dowiedzieć się o rafting, nie udało się go jednak załatwić po dobrej cenie. Nie było więcej chętnych i cena była zbyt duża.
    Poszliśmy na śniadanie, a potem do agencji, gdzie udało nam się odzyskać 25 $ za niedopełnione warunki umowy w czasie wyprawy do kanionu.
    Po leniwie i spokojnie spędzonym dniu, internecie i obiedzie w ładnej knajpie (Marcin jadł świnkę morską, a ja kotlet z alpaki) udaliśmy się po bagaże do hotelu i na terminal autobusowy. Kupiliśmy bilety na 20.30 do Nazca. Tym razem będzie wiozła nas kompania Cruz del Sur. I w drogę – jak zwykle !
 
06.10.2000
Rano, około 6.30 wylądowaliśmy w Nazca. Obskoczyli nas od razu sprzedawcy biletów na samolociki latające nad liniami Nazca. Udało nam się wynegocjować pakiet z przelotem za 25 $. Później w rozmowie z napotkanym Anglikiem okazało się, że wynegocjowaliśmy doskonałą cenę.
    Bagaże zostawiamy w biurze u faceta, który nam sprzedał lot i jedziemy na lotnisko zobaczyć samolot. To mała 6-cio osobowa cesna, wygląda przyzwoicie. Czekamy na nasz lot, ale przyszli ludzie, którzy wcześniej zarezerwowali lot. My w tym czasie jedziemy zobaczyć jak tradycyjnymi metodami robi się gliniane naczynia (bardzo ciekawe)  i jak wydobywa się, a właściwie pozyskuje ze skał złoto w niemalże średniowiecznej manufakturze.
    Potem wracamy na lotnisko, jeszcze trochę czekamy, bo przyjechała jakaś inspekcja z Limy. No i wreszcie lecimy !!!
    Linie widać było dość wyraźnie. Niestety ten lot to chyba najgorsza rzecz jaką mi przyszło wytrzymać w czasie naszej wyprawy. Trwał pół godziny, ale samolocikiem niemiłosiernie rzucało. Nie rzygaliśmy tylko dlatego, że ostatnio jedliśmy chyba prawie dobę temu. Pod koniec lotu chyba wszyscy chcieliśmy, by skończył się jak najszybciej. Gdy wylądowaliśmy wysiadłam na miękkich nogach, Gosia powiedziała, że byłam zielona. Wszyscy siadamy, a właściwie kładziemy się na wiklinowych fotelach i kanapce i dochodzimy do siebie.
    Później pan z agencji zawozi nas w świetne miejsce, gdzie jest basen i knajpka. Najpierw pławimy się w basenie, a potem zjadamy dobry obiad, a właściwie śniadanio-obiad (tutejsza specjalność-zapiekanka z ziemniaków, cebuli, papryki i mięsa).
    Idziemy jeszcze do miasta na kawę i lody. Nazca jest brzydkim, zakurzonym, pustynnym miastem, ale nic dziwnego – przez cały rok tu nie pada, a większość czasu jest piekielnie gorąco. Idziemy po nasze bagaże, wpisujemy pochlebną rekomendacje do specjalnej księgi i ruszamy do Ica. Ale czym !!!! Dodgem, zielonym, 26-cio letnim z kierowcą dziadkiem. Jest super, za 50 soli mamy miłą, wesołą podróż tym zabytkiem w którym nawet szybkościomierz nie działa.
    W Ica łapiemy od razu autobus do Pisco, droga trwa godzinę. Po tym jak wysiedliśmy w Pisco z autobusu od razu zaproponowano nam trzy różne hotele. Mają nas zaprowadzić do tego do którego chce Tomek, bo znalazł go w przewodniku. Po drodze mijamy inny do którego Tomek nawet nie chce wchodzić, ale ja i Gosia się upieramy żeby go obejrzeć. Jest tak ładny i kosztuje tylko 25 soli za dwuosobowy pokój z łazienką. Stawiamy więc na swoim i w nim zostajemy.
    Wieczorem idziemy jeszcze do czegoś w rodzaju pubu, wypijamy po dwa pisco-sour i wracamy do hotelu. Mamy problem by się do niego dostać, bo jest zamknięty. W końcu po dłuższym dobijaniu się otwiera nam pani właścicielka w szlafroku.
 
07.10.2000
Rano zjadamy śniadanie w hotelu (jajecznica) i jedziemy na wycieczkę do Paracas. Najpierw jedziemy busem do portu, potem wsiadamy na motorówkę. Płyniemy do Islas Ballestas, oglądamy po drodze kandelabr – rysunek na nadbrzeżnej wydmie, prawdopodobnie tego samego pochodzenia co linie w Nazca. Potem pływamy wokół wysp i oglądamy ogromne ilości lwów morskich, pingwiny Humboldta i rozmaite ptactwo. Zwierzaków jest takie mnóstwo, że wydawane przez nie odgłosy, potęgowane przez odbicia w skalnych tunelach są niesamowicie głośne. Same wyspy są bardzo ciekawe i malownicze. Lwy morskie całymi stadkami pływają za naszą motorówką.
    Po wycieczce idziemy jeszcze na wspólny obiad (jemy w końcu ceviche). Tomek z Gosią jadą już do Limy, a ja i Marcin jeszcze zostajemy w Pisco. Idziemy na targ, ale nic ciekawego tam niema (to nie targ w Iquitos). Maszerujemy więc nad ocean. Zbieramy muszelki i wchodzimy na straszliwie długie molo. Jest spróchniałe i przerdzewiałe, mamy nawet lekkiego stracha, ale spacerują po nim także tutejsi mieszkańcy więc idziemy na sam koniec.
    Kupujemy bilety na autobus kompanii Soyuz do Limy. Oczywiście znów były problemy z podwójnie sprzedanymi miejscówkami, ale w końcu wszystko się wyjaśnia i jedziemy. Po 3,5 godzinie jesteśmy w Limie. Bierzemy taksówkę do hotelu, gdzie czeka na nas wiadomość od Tomka i Gosi i wynajęty już pokój, a właściwie śmieszny apartament, bo na dwóch poziomach.
    Idziemy spać, ale wracają Gosia z Tomkiem i chcą  by z nimi pojechać na lotnisko odwieźć Gosię. OK., jedziemy. Żegnamy się z Gosią. To już naprawdę koniec naszej wyprawy. A my już we trójkę do hotelu i luli.
 
08.10.2000
Jejku !!! Obudziliśmy się tuż przed 12 w południe ! Co za rozprężenie w grupie. Idziemy na śniadanie, potem jedziemy na targ sztuki indiańskiej i kupujemy trochę pamiątek. Najwięcej rozszalał się Marcin, ja kupiłam malowane kolibry z balsy i śmieszne rzeźbione ptaszki z tykwy. Spędzamy tu sporo czasu, bo sprzedawane rzeczy są naprawdę piękne, warto nawet tylko pooglądać. Jak już wyszliśmy to zaczęło się ściemniać. Jeszcze spacer przez Miraflores i taryfą wracamy do centrum. Idziemy za namową Tomka na „normalne” jedzenie, czyli na kurczaka z frytkami i surówką. Kosztuje to 5 soli za dużą porcję.
    Wracamy do hotelu z postanowieniem, że jeszcze dziś się spakujemy, ale tak nam się nie chce, że odkładamy to na jutro.
 
09.10.2000
Ostatni dzień na tej półkuli ! Rano pakujemy plecaki i zostawiamy na przechowanie w hotelu. Idziemy do miasta, najpierw na śniadanie w tym samym miejscu co wczoraj. Ja zjadam moje ulubione empanados con carne. Za późno je odkryłam, smakują mi jak mało co.
    Potem idziemy na Mercado Central – ogromny miejski targ. Ja i Marcin kupujemy jakieś ogromne ilości orzechów, różnych niespotykanych w Polsce owoców, a ja to nawet kupuję ser i ciasteczka. Musi to wszystko dojechać w dobrej formie, bo to w końcu same przepyszne rzeczy. Z tymi wszystkimi tobołami idziemy jeszcze do ZOO. Całkiem ładnie jest urządzone, są tu osobno poumieszczane zwierzaki z trzech różnych stref klimatycznych Peru. Zajmuje nam to wszystko tyle czasu, że tylko starcza czasu na szybką kanapkę w centrum i w taryfę do hotelu po bagaże i na lotnisko.
    Odprawa jest szybka i bezproblemowa, żałuję, że nie zabrałam liści koki. No i znów w samolot i lecimy, lecimy, lecimy .... Strasznie długa droga przed nami, ale przyjemnie się zaczęła – buteleczką białego wina. Niech żyje KLM ! Żegnaj Ameryko Południowa, a właściwie do widzenia – jeszcze tu wrócę !
Wspomnienia spisała Monika Ros......icz
Powrót do części pierwszej - Amazonas


| Strona główna |

Copyright © 2001-2005 Szczecin  Stempel Service & RMT